O autorze
O sprawach, o których można powiedzieć, trzeba powiedzieć, a te, których się nie da wyrazić, trzeba przynajmniej próbować. Milczenie wcale nie jest złotem. Jestem filozofem i wierzę w racjonalność życia społecznego i politycznego. Nie chcę żyć we wspólnocie tylko w społeczeństwie. Może to drugie nie jest łatwe, ale jak już jest taka możliwość, to żal z niej nie skorzystać. Bronię więc społeczeństwa i jego racjonaliści. I nie ma znaczenia, ilu nas jest: „Jeden człowiek, jeśli ma odwagę, to większość” Thomas Jefferson i … Cezary Kalita i ...

Chrońmy wizerunek armii. Prawo do tajemnicy instytucjonalnej i indywidualnej

Broniąc stylu życia bronimy siebie. Jest to obrona naszej indywidualności przed roszczeniami do naszej osoby wysuwanymi przez wspólnotę. Wspólnota chce żebyśmy byli tacy sami, nie chce różnic, nie chce tajemnic, nie chce odmienności fizycznej i psychicznej. Daje w zamian poczucie bezpieczeństwa, ale pod warunkiem, że spełnimy jej oczekiwania. We wspólnocie nie trzeba już mieć żadnych tajemnic, wszystko staje się jednolite i przezroczyste i transparentne. Kto nie chce ujawnić tajemnic ten jest wrogiem wspólnoty. A w zasadzie nie chodzi o to, aby zgłaszać żądanie ujawnienia tajemnicy, chodzi o to, że my sami nawet nieproszeni o to, ją eksponujemy. A nasze roszczenie do ujawniania tajemnicy wynika z faktu, że my ją już ujawniliśmy. Inni spontanicznie to mają robić i ci „spontaniczni” nie budzą naszego niepokoju, to są członkowie naszej wspólnoty, a nasze hasło to: „Nie trzeba już żadnych tajemnic”.

Jawność naszego życia zaczyna nabierać innego wymiaru. Osoby nie mają tajemnicy, ale też i państwo przestaje ją chronić. To niebezpieczny moment, w którym państwo chce się przekształcić w jakiś typ wspólnoty czy to ideologicznej, czy religijnej, czy narodowej. Państwo nam mówi, że ono też nie ma tajemnic. Oto proszę: ujawnia strukturę służb specjalnych (wojskowych) odkrywając jej tajemnice operacyjne. Każda służba na świecie marzy o stworzeniu profilu innej służby. Ale żadna nie spodziewa się prezentu, że inne państwo przekaże jej własne metody analizy danych wywiadowczych i pracy operacyjnej realizowanej w ostatnim okresie, czyli aktualnych. Przykład Brytyjczyków jest tutaj bardzo wymowny. Ujawnić dane z naszych służb możemy dopiero po pięćdziesięciu latach i oczywiście, kiedy ten okres minie … przedłużamy go na następne 50 lat i tak bez końca. Francuzi nie chcą ujawniać danych tajnych służb z okresu napoleońskiego ministra Fouché, czyli sprzed 200 lat.


Dlaczego my ujawniamy? Zbliża się szczyt NATO (oby w Warszawie), a nasze ministerstwo obrony (oby nie „wojny”) ujawnia informacje o stanie naszej armii. W skrócie: brak zdolności bojowej, korupcja, patologie, itd. Amerykanie nie przegrali wojny w Wietnamie na poziomie militarnym. Przegrali ją na poziomie społeczno-politycznym na własnym terytorium. Można paradoksalnie powiedzieć, że to jedyna przegrana wojna żołnierzy amerykańskich na terenie USA. Przegrali ją przede wszystkim w mediach, które zmieniły nastawienie do samego konfliktu. Opinia społeczna w Ameryce była totalnie przeciw wojnie. Nastąpiła silna społeczna krytyka. Żołnierz nie był już bohaterem broniącym ojczyzny czy szlachetnych idei, tylko „zbrodniarzem”. Nikt przyzwoity go nie szanował, a na mundur wprost pluto. W takim otoczeniu społecznym armia nie może funkcjonować.

Amerykanie wyciągnęli wnioski. Bez szacunku do armii, nie ma armii. Zaczęto odbudowywać jej wizerunek. Powstał układ z Hollywood, zgodnie z którym żołnierz ma być pokazywany w nienagannym stroju w scenach filmowych. Gdy wchodzi do baru wypić drinka, to ma zapięty każdy guzik. Dzisiaj już nikt w Stanach nie nakręci takiego filmu jak MASH (1970). Co ciekawe, film, który ośmieszał totalnie amerykańską armię w czasach tzw. komuny, w Polsce był zakazany przez cenzurę. On nie tylko ośmieszał wrogą armię „zgniłego zachodu”, on ośmieszał każdą armię. A to nawet dla Układu Warszawskiego to było już za dużo.


Armia wymaga „propagandy sukcesu”. Nie brzmi to może zbyt dobrze, każda propaganda nam się źle kojarzy, ale w tym wypadku nie ma innej możliwości. Jeśli to nam nie odpowiada, możemy zamienić słowa i mówić, że armia wymaga pozytywnego wizerunku i to znacznie lepszego niż na to zasługuje. Krytyka jej jest możliwa, ale przez samych wojskowych i tylko w gronie wojskowych (tak jak z dowcipami, nie lubimy jak inni-obcy opowiadają o nas, ale sami możemy się z siebie śmiać; dowcipy żydowskie, dobrze brzmią, ale tylko w ustach Żydów). Nie chodzi tu o przesadną propagandę, jak to miało miejsce przed II wojną, gdzie buńczuczne zapewnienia Rydza-Śmigłego, że nie oddamy ani guzika od munduru, skończyły się tym, że już osiemnastego dnia od wybuchu wojny uciekł on za granicę (wcześniej wydał rozkaz, że Warszawa ma się bronić do ostatniego żołnierza i wyczerpania amunicji). Tu raczej chodzi o nie obniżanie własnej wartości. Jak coś zdyskredytujemy, to później odbudować wizerunek jest bardzo trudno (Amerykanom zajęło to wiele lat, aż do pierwszej wojny w Iraku).

Niech więc Antoni Macierewicz nie odbiera nam prawa do dumy. Niech ci, którzy chcą poświecić się służbie wojskowej, traktują to jako zaszczyt, a nie przynależność do jakieś szemranego towarzystwa. To, że z nas się śmieją, nie przysparza chwały. Retoryka polityczna mówi, że tłum jest za tym, który rozśmiesza, a nie za tym, z którego się śmieją. Gogolowskie przesłanie pozostaje aktualne: „Z kogo się śmiejecie, sami z siebie się śmiejecie”. To żenujące.

PS Przypomina to trochę kryzys małżeński, gdzie dwoje małżonków oskarżaja się publicznie o najgorsze rzeczy, nawzajem się pomawiając, szukają zwolenników. Owszem przysłuchujemy się z uwagą, nawet przytakujemy, ale tak naprawdę w duchu śmiejemy się z obojga. Nie znaczy, że należy siedzieć cicho, jak w tej metaforze opisującej apel Prezesa, aby opozycja siedziała cicho: jak bita żona, bo ksiądz właśnie chodzi po kolędzie. Metafory są ułomne, ale coś ilustrują. Umiar zawsze najlepszy.

PPS Polecam mój wywiad dotyczący 500+, który jednak chyba dotyczy tego, co powyżej, tj. rozsądku i jego użycia:
Trwa ładowanie komentarzy...