Dlaczego my ujawniamy? Zbliża się szczyt NATO (oby w Warszawie), a nasze ministerstwo obrony (oby nie „wojny”) ujawnia informacje o stanie naszej armii. W skrócie: brak zdolności bojowej, korupcja, patologie, itd. Amerykanie nie przegrali wojny w Wietnamie na poziomie militarnym. Przegrali ją na poziomie społeczno-politycznym na własnym terytorium. Można paradoksalnie powiedzieć, że to jedyna przegrana wojna żołnierzy amerykańskich na terenie USA. Przegrali ją przede wszystkim w mediach, które zmieniły nastawienie do samego konfliktu. Opinia społeczna w Ameryce była totalnie przeciw wojnie. Nastąpiła silna społeczna krytyka. Żołnierz nie był już bohaterem broniącym ojczyzny czy szlachetnych idei, tylko „zbrodniarzem”. Nikt przyzwoity go nie szanował, a na mundur wprost pluto. W takim otoczeniu społecznym armia nie może funkcjonować.
Amerykanie wyciągnęli wnioski. Bez szacunku do armii, nie ma armii. Zaczęto odbudowywać jej wizerunek. Powstał układ z Hollywood, zgodnie z którym żołnierz ma być pokazywany w nienagannym stroju w scenach filmowych. Gdy wchodzi do baru wypić drinka, to ma zapięty każdy guzik. Dzisiaj już nikt w Stanach nie nakręci takiego filmu jak MASH (1970). Co ciekawe, film, który ośmieszał totalnie amerykańską armię w czasach tzw. komuny, w Polsce był zakazany przez cenzurę. On nie tylko ośmieszał wrogą armię „zgniłego zachodu”, on ośmieszał każdą armię. A to nawet dla Układu Warszawskiego to było już za dużo.
Armia wymaga „propagandy sukcesu”. Nie brzmi to może zbyt dobrze, każda propaganda nam się źle kojarzy, ale w tym wypadku nie ma innej możliwości. Jeśli to nam nie odpowiada, możemy zamienić słowa i mówić, że armia wymaga pozytywnego wizerunku i to znacznie lepszego niż na to zasługuje. Krytyka jej jest możliwa, ale przez samych wojskowych i tylko w gronie wojskowych (tak jak z dowcipami, nie lubimy jak inni-obcy opowiadają o nas, ale sami możemy się z siebie śmiać; dowcipy żydowskie, dobrze brzmią, ale tylko w ustach Żydów). Nie chodzi tu o przesadną propagandę, jak to miało miejsce przed II wojną, gdzie buńczuczne zapewnienia Rydza-Śmigłego, że nie oddamy ani guzika od munduru, skończyły się tym, że już osiemnastego dnia od wybuchu wojny uciekł on za granicę (wcześniej wydał rozkaz, że Warszawa ma się bronić do ostatniego żołnierza i wyczerpania amunicji). Tu raczej chodzi o nie obniżanie własnej wartości. Jak coś zdyskredytujemy, to później odbudować wizerunek jest bardzo trudno (Amerykanom zajęło to wiele lat, aż do pierwszej wojny w Iraku).
Niech więc Antoni Macierewicz nie odbiera nam prawa do dumy. Niech ci, którzy chcą poświecić się służbie wojskowej, traktują to jako zaszczyt, a nie przynależność do jakieś szemranego towarzystwa. To, że z nas się śmieją, nie przysparza chwały. Retoryka polityczna mówi, że tłum jest za tym, który rozśmiesza, a nie za tym, z którego się śmieją. Gogolowskie przesłanie pozostaje aktualne: „Z kogo się śmiejecie, sami z siebie się śmiejecie”. To żenujące.
PS Przypomina to trochę kryzys małżeński, gdzie dwoje małżonków oskarżaja się publicznie o najgorsze rzeczy, nawzajem się pomawiając, szukają zwolenników. Owszem przysłuchujemy się z uwagą, nawet przytakujemy, ale tak naprawdę w duchu śmiejemy się z obojga. Nie znaczy, że należy siedzieć cicho, jak w tej metaforze opisującej apel Prezesa, aby opozycja siedziała cicho: jak bita żona, bo ksiądz właśnie chodzi po kolędzie. Metafory są ułomne, ale coś ilustrują. Umiar zawsze najlepszy.
PPS Polecam mój wywiad dotyczący 500+, który jednak chyba dotyczy tego, co powyżej, tj. rozsądku i jego użycia:
